Dungeons & Dragons, czyli demencja i determinacja

Dziś zamierzam rozprawiać o rzeczy niebywałej jaka zdarzyła się parę dni temu – Wizards of the Coast zapowiedzało nową edycję D&D! Jednak tym razem chcą zrobić coś co nie udało się zrobić od dekad – grę w która będą mogli grać wielbiciele tak dużej jak i minimalistycznej ilości zasad. Trzymam kciuki za twórców by im się udało, ale realnie spodziewam się raczej problemów na tej płaszczyźnie nie do obejścia. Jeśli jednak autorom się uda i sprawią że D&D stanie się z powrotem klasycznym fantasy, to sam być może do niego wrócę.

Bowiem, widzicie, moja historia z D&D to właściwie historia mego grania w RPG w ogóle. Kiedy byłem mały ( no dobra, mniejszy ;) ) i miałem te 10-11 lat, moi bracia kończyli powoli studia i jeszcze namiętnie grywali gry fabularne i bitewniaki na domowym strychu. Ja przychodziłem do nich by słuchać jak to walczyli z Chaosem oraz nieumarłymi w Warhammerze, czy widziałem wielkie armie stające na przeciwko siebie i zmagające się ze sobą do utraty tchu. Nie wiedziałem co to dokładnie było, wiedziałem tylko że to ‘fantasy’. I jak zostawałem sam w domu to czytywałem książki na tym że właśnie strychu. A pierwszą z nich by Podręcznik Gracza do starusieńskiego Advanced Dungeons & Dragons, drugiej edycji. Widziałem ilustracje, chłonąłem treści, ale nadal nie ogarniałem dokładnie czym to jest. Wiedziałem tylko że to jest fajne.

Pierwszy podręcznik RPG jaki w życiu przeczytałem ;)

Mniej więcej rok później dostałem swój pierwszy domowy komputer, a zaraz po nim pierwszego Baldur’s Gate’a. I kiedy zacząłem grać w polskiej wersji tego cRPGa, jak dziś pamiętam jak sprawdzałem statystyki właśnie w tym samym Podręczniku Gracza. I mimo że jak zrozumiałem że tak naprawdę bez dwóch innych książek z Wielkiej Trójki oraz znajomych nie będę mógł pograć, nadal czytywałem ją i uczyłem się na którym poziomie jakie zdolności powinien otrzymywać paladyn. Niestety, braki książkowo-osobowe nie pozwoliły mi grać w RPGi jeszcze przez dobry rok kiedy odkrywałem prawidłowego Warhammera i to w niego zagrałem w pierwszą sesję w życiu, ale D&D na zawsze pozostało w moim sercu.

Wierni kompani przez dobre 5 lat mego życia

Do DeDeków wróciłem pod koniec gimnazjum, jak dowiedziałem się że wychodzi trzecia edycja. Poprowadziłem już wtedy swoje pierwsze kila sesji w Warhammera czy pograłem parę razy w stary Świat Mroku, nadal jednak byłem raczej nie opierzonym młokosem, który za to lubił czytać podręczniki do RPG. Kumpel brata zakupił angielskie jeszcze wtedy podstawki i setting Zapomnianych Krain, znanych nam wtedy jako Forgotten Realms i graliśmy. Pamiętam że zachwycałem się nad poprawkami mechanicznymi w nim względem AD&D, jak chwaliłem sobie balans postaci czy dowolność rozwoju połączone z sensowną rozgrywka taktyczną. nadal jednak, nasze sesje choć bardzo mocno nastawione na walkę, miał w sobie dużo z roleplay’a i nie nużyło mi się łażenie po podziemiach, nawet jak byłem jakieś 10 poziomów do tyły w porównaniu z pozostałymi graczami. Czułem że choć było dużo zabawy z walką, nadal przebija się przez to historia i ogrywanie postaci było ważne. Kiedy więc rok później sam zacząłem prowadzić trzecią edycje, bo podręczniki w końcu wyszły po polsku od ISY, starałem się zachować ten feel. Potem przyszło liceum i na zamienne moje granie w Warhammera i moje już pełnoprawne prowadzenie DeDeków w wersji trzy i pół. Domowa biblioteczka zapełniła się od polskich podręczników które mam do dziś. Zwłaszcza Greyhawk od Garego Gygaxa uderzył w tą mą senymentalna nutę w duszy, która tęskniła za czasami kiedy mnie na świecie jeszcze nie było. To były dobre czasy.

Jak dla mnie ideał "klasycznego" settingu fantasy - od ponad roku marze by poprowadzić go na Savage Worlds

I choć na koniec liceum zamieniłem lochy na miejskie ulice, a klimat fantasy na współczesnego horroru i magii z nowym Światem Mroku, sentyment do D&D pozostał we mnie ogromny i jak miałem okazje pograć w takich klimatach, zawsze się zgłaszałem. Problemem było to że choć pramatka wszelkich RPGów była ma towarzyszką od lat ( a nawet raz na nią wyrwałem dziewczynę ;) ), czułem się nią znużony. Nie poprawiało problemu że stawiała już wtedy jak dla mnie za duży nacisk na walkę w stosunku do ogrywania i każdy kolejny dodatek mówił mi tylko „D&D jest o zabijaniu goblinów, nie historii”. Przeniosłem się na ambitniejszy sort grania, ale proste „łażenie po lochach” zawsze było miłą odskocznią. Tyle że nikt nie garnął się do prowadzenia tego typu gier, pamiętając jaki był z tym trud i znój.

Mijały lata i koniec liceum zamienił się w koniec studiów. Na mym czwartym roku wyszły Savage Worlds po polsku, a parę miesięcy później, Evernight. Ten lightowy, „staroszkolny” setting, trzymający się na dystans do konwencji heroic fantasy i „łażenia po lochach”, zajmujący się tym co powinno D&D, a jednak robiąc to i bardziej rozrywkowo i z większym humorem, był wybawieniem na me bolączki. Wtedy tez zacząłem odchodzić od prowadzenia typowo kampanijnego, a zacząłem się skupiać na jednostrzałówkach. I zacząłem też odczuwać większa frajdę z tego. Dynamiczna mechanika, inspirowana sławetną mechaniką d20 na której stała trzecia edycją D&D, w połączeniu ze światem który był jawną parodią i pastiszem, wspaniale mnie relaksował – i do tej pory tak jest. Chyba główny powód dlatego że sprawia on, przez swa mechanikę jak i „pustki w settingu”, do tego by roleplay był tak samo ważny jak klasyczne „to ja go tnę toporem”. Smutniejsze jednak było to że musiałem wykorzystać inny system by otrzymać to co, w założeniach, powinna dać mi pramatka RPGów. Zwłaszcza że jej ostatnia edycja stała się dla mnie porażką.

Polskie wydania Savege Worlds i Evernighta

Czwarta edycja D&D stała u mnie gdzieś z boku jak wychodziła. Przeczytałem recenzje czy dwie na Polterze o niej, jak znalazłem jakiś temat na forach RPGowych to przeglądałem, ale wiał mi z niego straszny obraz – to co zrobili z moim ukochanym Dungeons & Dragons to najzwyczajniejsza w świecie planszówko-karcianka. Gdy parę miesięcy temu zawiesiłem głównie prowadzenie z powodów edukcacyjno-życiowych, zostałem zaproszony przez przyjaciela do grupy dedekowców z Bełżyc by zobaczyć czwartą edycje. Choć na poczatku podobały mi się zmiany w stosunku do szybkości gry, okazało się jednak szyboko że dla mnie nie ma tam miejsca. A raczej nie czułem się „u siebie”. Świat to był niby znany mi Faerûn z czasów gimanzjalno-licealnych, ale wszystko było „nie tak” – elfy nie były elfami, nie było klasycznych i ukochanych przeze mnie planów. Nawet Wybrzeże Mieczy, według podręcznika, nie było już starym dobrym Wybrzeżem Mieczy z Baldur’s Gate’a. Kiedy próbowałem stworzyć postać dyplomatyczno-złodziejską, okazało się że nie mogę tak naprawdę – bo cała rozgrywak sprowadza się do uzywania mocy bojowych. Prawda, wygodnego i nawet fajnego na wieczór czy dwa używania. Ale płytkiego. To że połowa druzyny nie mogła bądź nie przejmowała się odgrywaniem, a Mistrz Gry cały swój wolny czas musiał poświecić na opracowanie i równoważenie spotkań, a nie na fabułę, tym bardziej bolał. Niech będzie znamienne że ten sam MG który zagrał u mnie w końcu w Evernighta przedwczoraj chwalił sobie pomysł, odgrywanie jak i ogólnie atmosferę na sesji. Sam z siebie zapytał się czy mógłby u mnie grać w kampanii, nawet bez mej propozycji. Tym samym, w końcu się poddałem i spisałem czwarta D&D edycje na straty i postanowiłem że jeśli będę prowadzić coś kampanijnie w takim klimacie, to będzie Wieczna Noc – tym bardziej iż choc nie czytałem, wiem że główna kampania jest naprawdę udana.

Właściwie konieczny zestaw dla każdego Mistrza Podziemi by ogarnąć czwarta edycję...

No dobra, ale zastanawiacie się pewnie po co ten wspominkowy wywód w odniesieniu do piątej edycji? Otóż naprawdę chciałbym by ta edycja naprawdę była w stanie ogarnąć wszystkie moje fazy równowagi między walką a opowieścią na sesjach. Tak by nie tylko taktycy chcący grać w planszówki mieli co szukać na sesjach, ale także odgrywacze z zacięciem fabularnym oraz by MG nie musiał zajmować się bilansowanie spotkań przez trzy wieczory, a mógł zajmować się po prostu wymyślaniem fabuły i prowadzeniem gry. Z drugiej strony, by jednak miał jakieś wskazówki jak to w miarę łatwo zrównoważyć by śmiertelność postaci nie była przesadnie wielka ( czytaj bliska zeru, ale nie równa ;) ). A przedewszystkim – by to nadal było D&D jakie znam i kocham, a nie dziwaczny amalgamat fajnych pomysłów z MMO, zamienione w wersję papierową, jak było przy czwartej edycji. Słowem – D&D idealne. Czy to tak dużo? ;)

Być może się to uda, skoro twórcy mają jakiegoś asa w rękawie w postaci „modułowej mechaniki”. Zobaczymy czy będzie warta pamięci Gygaxa i być może pomoże zebrać fundusz na pomnik jego pamięci. Jestem pewny że choć przejrzę te nowe zasady przy testach piątej edycji. Oby nie zawiodła pamięci swych poprzedniczek w mym sercu, czego sobie i wam życzę.

Posted in Geek Life, RPG, Savage Worlds | Leave a comment

Geek gay idols

Dziś zamierzam przedstawić geekowskich idoli którzy otwarcie przyznają się do innej niż hetero orientacji seksualnej. Najpierw jednak wyjaśnię czemu akurat tym tematem chce się dziś zająć…

Więc od dawna oglądam sobie kanał sieciowy A Gay Collab gdzie 5 jutubowych blogerów robi filmiki na dany temat tygodnia – a wszystkich ich łączy tylko to że są gejami. Tak się składa że na całą ekipę, 3 z nich jest ( było? ) geekami – australisjki ex-goth Dan, amerykańskich geek Paul i, starszy w stosunku do reszty, wielki maniak Star Wars Bryan ( tak, ten sam co wraz z mężem prowadzi Gay Family Values ;) ). Ostatni jednak na razie opuścił to zacne grono na czas bliżej nieokreślony z powodu obciążenia obowiązkami rodzinnymi i promocja filmu dokumentalengo o jego rodzinie. ( Na który zresztą sam czekam z niecierpliwością by obejrzeć )

Tak czy inaczej, chłopaki umówili się w tym tygodniu że ich tematem będą „gejowscy celebryci i idole”. Tak się dziwnie stało że jak na razie, na trzy gotowe na dziś filmiki na tym motywie, dwa opowiadają o aktorach którzy są bliscy sercu każdemu prawdziwemu geeka – a tym samym i mojemu. O to lepszy z nich. :)

Paul o Neil Patrick Harrisie i Rusell Toby

NPH, po prostu NPH ;)

Akurat właśnie NPH ( czyt. Neil Patrick Harris ;) ) jest przeze mnie i mego chłopaka podejrzewany o bycie bi ( zwłaszcza jak sprawnie udaje kobieciarza ;) ) i jest naszym małym idolem, o tyle Russel Toby to był dla mnie szok. Tak jak Paul z kanału, kojarzę go zarówno z bardzo udanego epizodu w Doktorze Who, jak i serii brytyjskiej Being Human i zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie w obu.

A skoro przy Doctorze jesteśmy, nie mogę nie wspomnieć Johna Barrowmana, czyli znanego wszystkim geekom jako Kapitan Jack Harkness, najwspanialszy bi ( właściwie omni ;) ) całego wszechświata. Dodatkowo jest oddanym mężem dla swego partnera od przeszło 20 lat i nawet nakręcił ostatnio film dokumentalny o podłożach swego homoseksualizmu dla BBC który polecam obejrzeć wszystkim niehetero lub zastanawiających się nad swą orientacją seksualną.

Barrowman o homoseksualiźmie

No dobra, to przejechaliśmy przez klasyki jakich idoli każdy niehetero geek znać powinien – a teraz czas na wyższą szkołę jazdy. Tak się złożyło że w okolicach czerwca, kiedy zaczęła się akcja It Get’s Better w Internecie, zobaczyłem wspaniały klip Rebecci Drysdale, który wart jest obejrzenia sam w sobie. W swoim video, wykonawczyni rapując wymienia największe znane sławy kina i telewizji które są homo albo bi. Warto jest zobaczyć choćby ten sam fragment…

Wyliczanka z klipu

No więc z sław które powinien kojarzyć każdy szanujący się geek wymienieni są w klipie: Sir Ian McKellen ( jako Gandalf ), Alec Guinness de Cuffe ( jako „stary” Obi Wan Kenobi ), NPH ( jeszcze jako Doogie Howser ;) ) oraz George Takei ( ten co grał Sulu w starym Star Treku ). Dla mnie największym zaskoczeniem był de Cuffe oraz Takei. Pierwszy za pewne lekko homoerotyczne podteksty w relacji między Obi Wanem a Lukiem Skywalkerem, której najlepiej podsumowuje ten klip. ;) Ale tak na serio na to że jego historia homoseksualizmu to sztandarowy przykład kryptogeja który walczy sam ze sobą całe życie, co go w końcu niszczy. Takai zaś był dla mnie niespodzinaką, bo Sulu był jedną z moich ulubionych postaci Star Treka w dzieciństwie, choć zawsze wydawało mi się że jest w jakiś sposób aseksualny. Dowiadując się że od prawie ćwierć wieku żyje ze swym już teraz mężem, zrobił na mnie mały pozytywny twist do tej postaci w pewien sposób.

Ostatnim w wyliczance nie omówionym jeszcze pozostaje McKellen – dla mnie żadna nowość w sumie bo jeszcze za czasów mani na powtórki Władcy Pierścieni Jacksona zobaczyłem ten klip. Zaintrygował mnie, zobaczyłem artykuł na Wikipedii o Sir Ianie, no i potem trzeba było tylko poczekać na odpowiednią grafikę w Internecie by to ujrzeć…

No dobra, ta notka i tak już jest za długa. Na sam koniec zostawiłem sobie dla was naprawdę niezłego gwoździa którym miażdżę moich geekowskich znajomych – otóż ostatnio  dowiedziałem się że Jim Parsons, znany jako Sheldon z Big Bang Theory, gwiazda tej serii, jest nie tylko gejem, ale też oświadczył się swemu partnerowi na zeszłorocznym rozdaniu Emmy 2010!!! Po tej informacji człowiek zaczyna rozumieć że „branża jest wszędzie”. ;) A czy wy znacie jakiś LGBT celebrytów i idoli kojarzonych z fantastyką czy po prostu geekami, co?

Posted in Geek Life, Gender Studies | Leave a comment

Słowiańskie Fae

Tak się składa że od jakiegoś czasu prowadzę grę w Odmieńca: Zagubionych zlokalizowanej w fikcyjnym miasteczku w Stanach Zjednoczonych i luźno opartej na serii Once Upon a Time. Być może o samej kronice napiszę kiedy indziej, ale ta właśnie snuta opowieść zaciągnęła mnie do innych rejonów rozmyślań. Otóż sam system jest pisany przez anglojęzycznych autorów dla anglojęzycznych graczy na podstawie anglosaskich legend oraz mitów. I tam słowo fae ( albo jego lokalne odpowiedniki ) jest naturalne i oczywiste jak to że dwa dodać dwa daje cztery. Ale dobrze wiemy że nie zawsze taka jest prawda…

Odmieniec bardzo dobrze pasuje do słowiańskich mitów o bożkach natury, rodzimych demonach czy innych zmorach i lichach. Problem w tym że brakuje nam słowa na którym oparte jest co drugie zdanie w anglosaskich podręcznikach. Dla wychowanych w kulturze Zachodu wyraz ten oznaczać właściwie każdy rodzaj istoty czy czasem i fenomenu związanego z baśniami i legendami ( właśnie fairy tales ). Dla Słowianina nie znającego tego faktu pozostanie tylko obco brzmiącym słowem. Z kolei dla samych postaci w uniwersum gry będzie jeszcze bardziej nieadekwatne – poza wykształconymi na angloskaskiej kulturze, protagoniści pochodzacy z krajów słowiańskich nie będą kojarzyć terminu o który oparte jest niemal połowa kultury Zagubionych według gry. Jako fae okresśa się wszystkie istoty z jakim wchodzą w interakcje bohaterowie  - od Odmieńców, przez Hobgobliny, po prawie boskich Prawdziwych Fae, w tym Opiekuna postaci – ale także rodzaj magii jaki uprawiają czy choćby miejsce do którego są porawni jako słabi śmiertelnicy. To wszystko i wiele, wiele więcej jest okręslane jako fae w podręcznikach. Dlatego naturalne wydaje się poszukanie starosłowiańskiego odpowiednika by proces tłumaczenia nazw w grze i wykorzystywania ich był w miarę gładki i naturalny.

Zrobiłem mały reaserch na ten temat i znalazłem bardzo ciekawego kandydata. Pozwolę się oprzeć o angielską Wikipedię gdzie można znaleźć perełki na niemal każdy temat. W artykule o mitologii słowiańskiej można znaleźć ciekawy ustęp o etapach rozwoju konkretnej części mitów danej grupy Słowian. Według niego, wszystkie wyraz starosłowiańskie powiązane z sukcesem, przeznaczaniem czy szczęściem wywodzą się od jednego określenia, które z kolei ma bardzo długie wspólne korzenie z słowem fae w anglosaskiej rodzinie języków.

Pozwolę go sobie zacytować tutaj:

At the level of abstract personification of divine functions, we have such concepts as Pravda/Krivda(Right/Wrong), Dobra Kob/Zla Kob (Good Fortune/Evil Fortune). These concepts, found in many Slavic fairy tales, are presumed to have originated at a time when old myths were already being downgraded to the level of legends and stories.Loius Leger pointed out that various Slavic words describing success, destiny, or fortune are all connected with the ancient Slavic word for God — „bog”. Although used to denote the God of Christianity, the word is of pagan origin and quite ancient. It originates from the Proto-Indo-European root *bhag (meaning fortune), being cognate to Avestic baga and Sanskrit bhagah (epithets of deities).

Tak się składa że praindoeuropejskie słowo *bhag był przodkiem łacińskiego słowa fata z którego właśnie wywodzi się faeDo dając do tego że starosłowiański bog dodatkowo kojarzy się w oczywisty sposób z bożkami i bogami dawnych, pogańskich wieków, mamy wreszcie słowiańskie zastępstwo. Zobaczmy więc jak mogły by wyglądać użycia kilku z klasycznych terminów wykorzystujących w oryginale fae. Zauważcie że staram się nie polonizować odmiany by oddać jak najbardziej starosłowiański charakter tego pseudo neologizmu.

Fae – Bog/Bogi/Boginie/Bogow

True Fae – Prawdziwe Bogi

Fae Magic – Magia Bogow

Land of Fae – Ziemia Bogow

Fae-Touched – Bogitknięci

Pozostaje mi tylko spytać się o wasze przemyślenia i uwagi co do tego pomysłu, drodzy czytelnicy i gracze. :)

Posted in RPG, Świat Mroku | Tagged , , | Leave a comment

Stara, dobra Republika

… czyli co wyjdzie z połączenia serii Knights of the Old Republic z World of Warcraft. Dziś zamierzam wam przedstawić moje wrażenia z weekendowego grania w betę w jakim wziąłem udział od ostatniej soboty wraz z mymi przemyśleniami co do tej produkcji. A są one jak najbardziej pozytywne, choć może nie idealne. Ale po kolei.

Najpierw zapytacie się pewnie jakie ja mam prawo oceniać jakiekolwiek MMO? Otóż może nie mam ogromnego doświadczenia poza kilkoma tygodniami mojego grania w D&D Online, ale mój chłopak uwielbia testować kolejne darmowe sieciówki, a nasz współlokator to były WoWowiec zainteresowany branżą. W takim otoczeniu człowiek mimo wszystko łapie przynajmniej podstawy rynku i może spojrzeć z szerzej perspektywy na dany produkt. Plus fenomen MMO od zawsze mnie intrygował, choć raczej na zasadzie „jak ludzie mogą nad tym tyle czasu tracić”. I teraz poznałem przerażającą prawdę o tym DLACZEGO. ;)

Zacznijmy od podstaw, czyli gameplay – The Old Republic to poprawiony WoW. Tylko a może aż? W porównaniu z Secret World – drugiego konkurent do miana Płatnego MMO Na Które Wydam Pieniądze – i jego nowościami w kwestii rozgrywki jako takiej, TOR wypada blado. Poza mechaniką ukrywania się za zasłonami i strzelania zza nich dla dwóch klas , to niemal kropka w kropkę stary dobry WoW i jego niezliczone klony. Mamy pasek ze zdolnościami które aktywujemy, mamy klasy zaawansowane już od 10 poziomu postaci, mamy drzewka specjalnych zdolności, mamy ekwipunek i looty do zodbywania. Jak do tej pory kolejny, acz ładniejszy WoW pełną gębą…

Do czasu aż spróbujemy w tej grze użyć właśnie gęby. Dialogi z NPCami od razu na myśl przywodzą nam serię Knights of the Old Republic, z jej niejednoznacznymi wyborami i ociekającymi klimatem cutscenkami. Oczywiście, pojedyncze storylinie danej klasy nie są aż tak epicką i wielowątkową fabułą jak stare KotORy, ale same sobie są dość wciągające by naprawdę poczuć klimat tak danej postaci, jak i konfliktu między Republiką a Imperium. A marketingowcy już zadbali byśmy mieli co badać – tło samej gry to niezły kawałek dobrze zrobionego timeline’a dla każdego maniaka Gwiezdnych Wojen. ;)

Rozmowa z Towarzyszem

Drugą rzeczą jaką TOR odziedziczyła po swym duchowym poprzednikach od strony cRPGów to system Towarzyszy. Interakcje z nimi i zdobywanie ich Uwielbienia ( ang. Affection ) to zabawa sama w sobie. Dodatkowo sprawiają że przez większość gry można spokojnie grać „na singlu”, bez konieczności tworzenia grup tylko dlatego że gramy wątłym akolitą Mocy – mamy swego towarzysza jako tanka przy sobie i to twoi wrogowie mają się martwić co z tym zrobić. Możliwość romansów z Towarzyszami to już tylko wisieńka na torcie – Bioware planuje nawet w późniejszych patchach wrzucać możliwość związków homoseksualnych. ;) Dodajmy do tego znany z poprzedniczek system Jasnej oraz Ciemnej Strony dla twej postaci, i wraz z dialogami otrzymujemy całkiem głębokiego cRPGa, pomijając całe hordy postaci podobnych do twojej. I tak, można grać Sithem który będzie całkowicie na Jasnej Stronie – poprzez jego oddanie innym i sprawą państwa jako takiego – czy bezwzględnym Jedi który tapla się w krwi niewinnych. Nie wiem tylko czy takie postępowanie nie zmieni nam przynależności w późniejszej części gry do „drugiej strony”, ale to już tylko gdybanie.

Niestety, nie udało mi się w trakcie tego krótkie czasu zaznać kilku ciekawych urozmaiceń które są w grze, ale brak synchronizacji z innymi testerami z naszej powstającej gildii nie pozwolił mi na to. Najważniejszą według mnie jest Flashpoint – czyli pełna przygoda, wraz z konkretną lokacją, oddzielnymi NPCami i ważnymi decyzjami. Nie jest on tylko kolejnym questem do odhaczenia w logu – to zamknięta fabuła z wieloma wyborami. Wyborami, które dokonuje każdy z członków grupy. Najlepiej po prostu zobaczyć przykłady ich – Esseles dla Republiki czy Eternity Vault dla Imperium – polecam obejrzeć oba. :) Drugą rzeczą która po prostu chciałbym choć raz zaznać to Huttball  - niby nic, klasyczny ‘e-sport’, ale miłe urozmaicenie.

No dobra, ale nie było też idealnie. Często zdarzały się średnio wkurzające bugi i błędy, które nie wiem czy twórcy naprawią do premiery tuż przed Gwiazdką. Oczywiście największym problemem były obciążenia serwerów czy lagi. Nadal jednak nie wyświetlające się cześci garderoby i inne problemy leciutko psuły zabawę. Mnie jednak najbardziej ubodło to że opcje wybór Jasna/Ciemna Strona niemal nie występują w głównych fabułach klas. Niby są opcje dialogowe mogące wskazywać na jedną bądź drugą tendencje charakteru, jednak nic nie zmieniają. Na szczęście opcji takich wyborów naprawdę coś dających w zadaniach pobocznych jest mnóstwo. Mam nadzieję jednak że twórcy relatywnie szybko po usuwają te problemy.

Notka ta już robi się za długa więc pora na podsumowanie. Czy The Old Repabulic będzie super nowatorską grą? Na pewno nie. Czy będzie game-changerem na rynku MMO? Bardzo możliwe. To bardzo dobrze wykonany klon WoWa z ambitnym rozwinięciem wątków i mechanik wspierających immersje gracza w świat gry. Jak dla mnie, ma jednak silną konkurencję w postaci Secret World z jej innowacyjnością i klimatami modern horror. Nie mniej TOR jest must see it dla każdego fana Gwiezdnych Wojen, choćby po to by wyrobić sobie własne zdanie. Mi zaś pozostaje wam tylko powiedzieć jedno – Niech Moc będzie z wami ( i serwerami w dniu premiery ;) ) !

Posted in Geek Life | Tagged , , | 5 Comments

Queer as Geekz

W ostatnich latach społecznośc LGBT zaczyna przepływać do telewizyjnego mainstremu – podobno już nawet 5% bohaterów obecnych seriali jest nieheteroseksualona. Jednak ukochane przez geeków serię fantastyczne od dekad propagują więcej niż jeden ideał miłości czy płci, teraz jednak jeszcze mocniej i odważniej eksplorując wszystkie możliwe pola genderu i dając wzory do naśladowania dla geeków pochodzących ze wszystkich mniejszości seksualnych. Oto moje TOP 3 najważniejszych i najlepszych z tych seriali wraz z krótkim komentarzem dlaczego warto się nią zainteresować.

1. Doctor Who

Biromantyczny podróżnik w czasie i przestrzeni zabiera ze sobą „towarzyszy” w podróż po wszechświecie do wszelkich płci i orientacji. Poza samym Doktorem który flirtuje niemal ze wszystkimi swymi kompanami, jest też najodważniejszy bi świata czyli Kapitan Jack Harkness – mój osobisty idol. Do tego dodajmy że twórcy co pewien czas raczą nas wizją kosmitów czy światów gdzie bycie niehetero jest całkowicie normalne albo rzucą „branżowe” żarty bądź wątki ( zwłaszcza w ostatnim, szóstym sezonie nowej generacji ;) ). I przedstawiają najszersze spektrum różnych opcji genderu. Wszystko zaś bez epatowania wielkimi słowami, dziejące się od dekad trwania serialu, nie tylko jego ostaniach sezonów.

2. True Blood

W tym serialu wątki branżowe to nie tylkoLafayette Reynolds, jeden z najwspanialszych postaci gejowskich telewizji ( w sensie jego postawy i podejścia do życia ). W tym uniwersum sam wampiryzm jest traktowany jak homoseksualizm w realnym świecie. Choć Seks i związki z nimi są powszechnie uważane za „niemoralne i złe”, krwiopijcy walczą o prawa mniejszościowe zupełnie jak u nas LGBT. Nawet ujawnienie wampira wśród swych znajomych nazywane jest „wyjściem z trumny”. ;) Nie wspominając już że potem liczba nieheteroseksualnych postaci tylko rośnie ze sezonu na sezon. Jedyny problem serii że pokazuje to w oparciu o amerykański model „branży” – a to jednak trochę inne zwierze niż wzory europejskie, które przedstawia właśnie Doctor Who.

3. Torchwood

Spin-off serialu pierwszego gdzie dokładnie możemy poznać samego Harknessa i jego „ziemskich” towarzyszy. Jako seria kierowana ku dorosłemu odbiorcy, twórcy mogli sobie pozwolić na bardziej otwarte aluzje do LGBT i romanse Jacka są jednym z ważniejszych motywów w fabule. Mimo wszystko, serial ten jest dużo cięższy w odbiorze i polecam go tylko dla zatwardziałych fanów Doktora Who i/lub gender studies. ;)

Mały bonus do 1 i 3 ;)

Wyróżnienie zaś idzie dla Queer as Folk, melodramatycznego serialu LGBT od Showtime ( twórcy Dextera ;) ). Choć seria nie jest w sobie fantastyczna, tak w orginale brytyjskim, jak i amerykańskim reamke’u jedną z głównych postaci jest romantyczny gej geek Micheal – w pierwszym jest maniakiem Doktora Who, w drugim komiksów superbohaterskich, zwłaszcza tych z wątkami gejowskimi. :) Seria jest robiona „na poważnie” więc bohater zderza swoje pasje i hobby z twardą rzeczywistością – a ma o tyle trudniej właśnie ze względu na swą orientacje - dobra szkoła życia dla niehetero fantastów wszelkiej maści. Jedyny poważny mankament to że seria ma już ponad 10 lat i pomimo tego że porusza wszelkie możliwe tematy związane z „branżą”, słowo „bi” czy „biseksualizm” nigdy nie pada – no ale to specyfika tamtych czasów i amerykańskiej społeczności po prostu.

Posted in Geek Life, Gender Studies | Tagged , , , , | Leave a comment

GEJming

Dziś zarówno coś geekowskiego, jak i będącego częścią moich prywatnych gender studies – GEJming ( ang. gayming ). Cóż to, zapytacie? Najprościej ujmując – to odgrywanie w grach, tak komputerowych jak i fabularnych, postaci o innej seksualności niż „zakładana” dla konkretnego gracza. Dlaczego nie użyłem słówka heteroseksualna wyjaśnię zaraz…

Kobieta też gracz ;)

Czy kiedykolwiek graliście w grze komputerowej postacią o innej płci niż wasza własna? Moja rodzina i znajomi robią to niemal cały czas – kuzyni i kumple wcielają się w zabójcze famme fatal, przyjaciółki czy kumpele uwielbiają grać potężnymi wojownikami czy przebiegłymi złodziejami – nawet jeśli mają możliwość wyboru własnej płci. Ja sam lubię i jedną i drugą, no ale to można zrzucić na karb mego biseksualizmu. Według badań psychologów ten wybór odmiennej niż nasza „płeć społeczna” ( ang. gender ) podczas gry ma nam dać możliwość zasmakowania „innych butów”. Więcej – jeśli dana osoba nie jest stereotypem swojej płci fizycznej – na przykład wrażliwy i romantyczny facet – ma dać możliwość spełnienia kilku cech osobowości które na co dzień musi w sobie tłamsić, przy okazji dawać mu eskapistyczną radość. Wszystko to po to by zaspokoić potrzeby naszego własnego gendera. Dziewczyna może być silna i dominująca w spokojnym środowisku gry, facet może być emocjonalny i rzewny dla NPCów. A skoro chłopak może zagrać babką to może i z niej lesbijkę zrobić od razu i spełnić jedną ze swych fantazji erotycznych?

No dobra, ale do czego zmierzam? Ostatnio w grach komputerowych pojawił się istny wysyp wątków homoseksualnych i podobnych tematów. Powstał nawet o tym artykuł na GameSpy’u. Gry już od pierwszych lat rynku były budowane po to by zaspokajać potrzeby graczy. Nie wierzę też by chodziło o samą populacje LGBT – prawda, to statycznie rzecz ujmując, jakieś 10% populacji graczy ( bo grają teraz prawie wszyscy ) – ale do tej pory jakoś nie przeszkadzało to pomijać tych wątków w designie gier. A teraz gram sobie w Fallout: New Vegas i okazuje się że opłaca mi się grać gejem ( bo atut odblokowujący homoseksualne wątki sprawia też że dostaje bonus do obrażeń przeciwko męskim przeciwnikom których na Pustkowiach jest pełno :D ). Bastiony heteronormatywności ( czyli choćby Mass Effect ) zostają w ostatnich odsłonach rozszerzone o możliwe wątki LGBT.

No może jednak nie do końca taki bastion… ;)

Zas tak w „singlu” jak i MMO coraz częściej jest o homoseksualnych małżeństwach – nie dość że wychodzący lada dzień Skyrim pozwala ci nie tylko romansować z wybranymi postaciami niezależnie od płci postaci, to tak jak „nowy KotOR” będzie pozwalał na zawarcie małżeństwa się z nimi, nawet jeśli BioWare początkowo opierał się na wprowadzenie ich w Old Republic

To był Bryan Leffew, jeden z dwóch moich idoli gejowskich, którzy doprowadzili do mego ostatecznego Comming Outu i szczęśliwego związku. On wraz ze swym mężem ( tak, mężem, nie partnerem – mają na to papiery :) ) Jayem wychowują dwójkę wspaniałych, adoptowanych dzieci – Daniela i Selenę – i walczą o prawa małżeństw homoseksualnych w Stanach oraz adopcji dzieci przez pary homo. Oraz są wielkimi fanami Gwiezdnych Wojen i uzależnionymi graczami, czym zaskarbili sobie moje serce. ;) Ci dwaj wspaniali faceci, tylko ciut starsi od moich braci, nie dość że są przykładnymi ojcami, walczą o prawa mniejszości seksualnych, to są jeszcze geekami? Jak tu ich nie pokochać. Dodając że są całkiem przystojni, żałuje że nie mieszkam w Kalifornii. ;)

Wracając do tematu – jak pokazał GameSpy czy Bryan – rynek się zmienia. A właściwie ludzie. Tolerancja dla LGBT w nowych mediach – czy to film, książka, telewizja czy gra – rośnie i część osób chce „spróbować” jak to jest być kimś innym nie tylko pod względem koloru skóry, wykonywanego zawodu czy wierzeń religijnych. Teraz można pograć kimś o zupełnie innej orientacji niż nasza, tym samym dając nam „buty” w które możemy wejść. Sam pamiętam jak jeszcze parę miesięcy temu, na początku mego związku z mym chłopakiem, grałem w Dragon Age 2 gdzie jak tylko nadarzała się okazja rozpoczynałem romans z każdą możliwą postacią. Przez ponad pół gry zaangażowałem się w dwa – ten z Andersem i Isabell. Pomijam już to że obie postacie mi najbardziej wizualnie się podobały z członków drużyny. Przede wszystkim pociągał mnie w nich narracja tych dwóch historii – Andersa był tragiczny i zakropiony trochę walką o równość, Isabell dziki i namiętny, w którym ciężko było stwierdzić kto kogo wykorzystuje w nim, czy może Hawke i piękna kapitan tak naprawdę potrzebują siebie bardziej niż oboje chcą przyznać. Koniec końców wybrałem Andersa bo ciut bardziej mnie poruszył – przechodziłem grę magiem i wybory tego romansu oraz implikacje o nadużyciu mocy były bardziej pasujące do postaci w jaką się wcieliłem. Nie bez przyczyny było że blond włosy czarodziej przypominał mi mego realnego faceta… :twisted:

Okej, czyli mamy jako tako przedstawiony gejming w ujęciu gier komputerowych – a co z fabularnymi? Tu sytuacja, jak wszystko w nich, zależy od ludzi z jakimi grasz. Choć wpływ środków masowego przekazu, w tym i gier komputerowych, na postrzeganie LGBT w korzystniejszym świetle powoli coś rusza. W miastach-settingach do nWoDa jest kilka par homoseksualnych – co nawet nie dziwi biorąc pod uwagę że duże grono z autorów tych książek jest sama co najmniej bi. ;) W dzikich światach Savege Worlds na razie nie spotkałem się z nieheteroseksualnością, ale to wywołane jest pewnie tym że ogólnie w RPGach raczej unika się sfery uczuciowej, pozostawiając ją do ustalenia przez graczy i Mistrzów Gry jako jeden z „dorosłych tematów”. Choć jak widzę co rusz grafiki do „Beasts & Barbarians Deluxe” jakie wrzuca na Google+ Ramel, aż chce się zmienić tytuł podręcznika na „Breasts & Blondies Deluxe” – nie żebym jakoś specjalnie narzekał, bo panie są idealnie w moim typie. :twisted: Ale żeby nie było – domagam się też więcej umięśnionych i spoconych twardzieli, najlepiej z odrobiną futerka na piersi na grafikach! To tak by zadowolić mnie już całkowicie. :D No i po części kanon i konwencję świata. ;)

To co mnie zaskakuje za to że gejming powoli wychodzi do samych graczy. Do dziś pamiętam sześć sytuacje – pierwsza to zapędy jednego z moich najstarszych współgraczy by w czasach mego liceum grać elficką księzniczką w D&D jak jeszcze prowadziłem. Skończyło się tragicznie i zostałem na lata uprzedzony do grania postciami o innej niż gracza płeć, ale patrząc z perspektywy czasu to wydarzenie mogło w jakiś sposób zainicjować u mnie moje gender studies właśnie. Potem, w tej samej grze użyłem pierwszego motywu gejowskiego, kiedy gracze napadli dom jakiegoś kupca i znaleźli go w łożu ze swym kochankiem – niby poszło humorystycznie wtedy, ale jakieś lody były przełamane. Potem przypomina mi się moja gra w Maga: Przebudzenie w kronice „Wielkie Arkana Magii” gdzie drużynowy szaman/żigolo, korzystając z magii Zycia „otwierał na nowe perspektywy” nową postać w drużynie, ewidentnie homofobiczną. Kilka udanych rzutów i opisałem jak chuć wzmaga na widok przystojnego czarownika w neoficie. ;) Trzecią historią to opowieść znajomej która grała w wiktoriańskim settingu. Ponieważ świat gry był bardzo mocno trzymający się obyczajowości XIX wiecznej Anglii, bohaterka była właściwie grywalna tylko na balach, bo inaczej miała spędzać całe dnie na tkania czy pisaniu listów. Znajoma więc postanowiła stworzyć sobie postać geja by móc zagrać facetem, a jednocześnie nadal mieć swój naturalny pociąg do mężczyzn. A wiedząc jak podchodzi zazwyczaj poważnie do swej gry aktorskiej na sesji zrobiłem wtedy w duchu „wow!”.

Zapewne tak wyglądała by ta postać z kochankiem...

Kolejnym przykład gejmingu jaki mi przychodzi do głowy to moja i kumpla postać do Legendy Pięciu Kręgów – na konwentową, zabawną sesję stworzyliśmy totalnie nie pasująca do siebie drużynę będąca zbieraniną roninów z różnych klanów. Tak się złożyło że musieliśmy wyjaśnić czemu nasze postacie śpią razem – w grupie było czterech facetów i jedna kobieta, posiadaliśmy trzy namioty, Dwóch innych graczy miało postacie jak najbardziej pasujące do siebie „klanowo”, mi wyszło że mój popędliwy i romantyczny Lew tęskniący za utraconą rodziną musiał wylądować razem z figlarnym, ale i niebezpiecznym Skorpionem ( dla nie znających Legendy, to tak jakby do jednego namiotu wrzucić ekstremalnego lewicowca z zatwardziałym prawicowcem ). A ponieważ był to sam początek obecnego roku i moja świadomość mego homoseksualizmu we mnie rosła, znalazłem kontrowersyjne rozwiązanie – Lew schlał się kiedyś i wyjawił swą po pijanemu do Skorpiona tragiczną historię o tym jak własna rodzina go wygnała i nie będzie mógł wrócić do żony i dziecka. A ponieważ był popędliwy, po tym wyznaniu zaczął się dostawiać do niegodziwca. Pajęczak wykorzystał sytuacje i zostali parą najdziwniejszych kochanków jaką Rokugan mógł widzieć. ;) Zaskoczyło mnie to że kumpel zgodził się na mą propozycje i przez kilka sesji odgrywaliśmy nietypową parę – przy czym ja byłem nastawiony na dość poważną grę, kumpel niekoniecznie. Ale w sumie gdyby nie konflikt drużyny z Mistrzem Gry, kto wie dokąd by to zaprowadziło? Cała drużyna zgadzała się że historia kochanków miała potencjał. A ponieważ zainteresowałem się wtedy bara, znalazłem nawet uroczą graficzkę mego ulubionego mangaki o odpowiednim podtekście. :twisted:

Lew w niebieskim kimonie, Skorpion przebrany za prosiaka do działań inflirtracyjnych ;)

Z graczką grającą w tamtej drużynie, która jest jednocześnie moją dobrą bi przyjaciółką, graliśmy w nowe Deadlandsy. Ona wcieliła się w dziennikarkę-sufrażystkę która próbowała udwodnić wyższość kobiet nad mężczyznami, kiedy zaczęły się dziać DZIWNE RZECZY, typowe dla Martwych Ziem. Wtedy potrzebowaliśmy wsparcia i korzystając z Talii Przygód, przyjaciółka ściągnęła byłego narzeczonego swej postaci, Strażnika Teksasu ( Texas Ranger ), który miał potem dziwny dialog z nią. Jak się dowiedziałem nieoficjalnie, sufrażystka pozostawiła go dla swej kochanki. ;)

Ostatnim przykładem gejmingu jest, tak jak w pierwszym, sesja D&D. Tym razem jednak tylko grałem gnomem złodziejem/iluzjonistą, który wiernie służył Eladrińskiej ( takie pseudoelfy nowej edycji ) pani. Tyle że tą panią odgrywał jak najbardziej heteroseksualny kumpel, dodatkowo który niedawno się oświadczył swej narzeczonej. Przy okazji – gratuluje im z tego miejsca! :)

Więcej histori nie pamiętam, serdecznie za to żałuje, i proszę mych czytelników o rozgrzeszenie. Jeśli macie jakieś przemyślenia na ten temat lub chcecie się podzielić sami podobnym opowieściami – piszcie w komentarzach. A wam i sobie życzę by gejming się szerzył bo to ciekawe zagadnienie które często bardzo otwiera samych graczy. Do przeczytania! ;)

Posted in Geek Life, Gender Studies, RPG, Savage Worlds, Świat Mroku | Tagged , , , | Leave a comment

Indie RPG

Dzisiejsza notka jest trochę spontaniczna, ale mam nadzieję że i dość ciekawa będzie. Zainspirowana była przez dyskusje z prezesem naszego klubu ( pozdrawiam, Krzysiu-Misiu ;) ) który podwoził mnie i mą drugą połówkę na Mantikorę w Lubartowie ( i był to pierwszy konwent ever mego Wilczka :) ). Tak czy inaczej, jako dwaj ( trzej ? ) zapaleni RPGowcy zaczęliśmy gadać o wydawanych systemach, Mistrzach Gry lokalnych czy przyszłości rynku. Jednym z pod tematów były właśnie indie RPGi i ich rozwój w Polsce.

No dobrze, ale czym są te „indiasy”? Najprościej rzecz ujmując – są to systemy „niezależne” bądź „nietypowe”. Od klasycznych, „mainstreamowych” gier fabularnych różnią się mechaniką, założeniami świata, formą wydawniczą czy szalonymi pomysłami. Jeśli główny nurt pisany jest raczej pod pisanie pełnych kampanii tworzących wspólna fabułę, „indiasy” są idealne do grania na konwentach, w ściśle określonych warunkach, często korzystając z mechanik w których rola MG jest zminimalizownana albo w ogóle nie jest potrzebny w grze. Generalnie nie przepadam za nimi bo mam w zwyczaju tworzyć „seriale” jako fabuły mych gier – jak tylko mam jakiś pomysł, zaraz okazuje się że co najmniej mam pomysł na dobry, wysokobudżetowy pilot nowej serii telewizyjnej a sama konstrukcja i założenia systemów indie nie pozwala mi na po prowadzenie tego. Nie mniej, w ciągu ostatnich lat i wszystkich imprez w postaci 24h z RPG czy Akademikonów spotkałem się z kilkoma które mogą być warte szczerej uwagi na zasadzie „ludzie, dziś kręcimy film na jedną noc”. ;) Dodatkowo, Polski rynek RPG od 2-3 lat jest zalewany nowościami z tej dziedziny, nie zawsze wartymi uwagi. Tutaj powybieram te które są naprawdę interesujące i godne polecenia mym zdaniem.

Zacznę może od systemu który jako tako przekonał mnie w ogóle do koncepcji indie RPG – a mianowicie Polaris. Jest to system bez MG, oparty na ciągłym dialogu między graczami którzy wcielają się w bohaterów arktycznego królestwa wiecznej zimy do którego wtacza się przerażający kataklizm – lato. Słońce i światło doprowadza mieszkańców królestwa wychowanych pod wiecznym światłem gwiazd do obłędu, a zwierzęta i bestie stają się rozszalałe od ciągłego światła. Rozgrywka zaś polega na próbach rozwiązania przez kolejnych bohaterów prowadzonych przez graczy zaistniałego problemu. Ale jako że jet to gra bez Mistrza Gry to pozostali gracze są twoimi adwersarzami. W czasie gry niemal nie ma rzutów kostkami, wszystko opiera się na narracji i używaniu specyficznych zwrotów podczas gry jak „Dawno temu ludzie umierali na krańcu świata…” do rozpoczecia gry czy „Ale nadzieja nie została jeszcze stracona, bowiem X ciągle słyszał pieśń gwiazd” do wprowadzenia nowego bohatera do gry – więcej można o nich poczytać tutaj, Nie dość że zwroty te budują klimat baśniowego eposu rycerskiego, to nadają kształt i sens narracji, zastępując tak kości jak i MG jako takiego. Dziękuję Braids za pokazanie mi tej gry i gorąco polecam choć raz jej spróbować. :) O samym zaś systemie więcej piszą na Polterze

Drugim indie jaki wywarł na mnie naprawdę pozywane wrażenie jest Dead of Night - system stworzy do prowadzenia horrów klasy B czy opowieści grozy przy ogniku. Jak się łatwo domyśleć, jego przeznaczenie idealnie wpasuje się w moje gusta – kocham horrory, ale poprowadzenie naprawdę dobrego na mainstremowych gra to nie lada wyzwanie, nawet z Zewem Cthulhu czy Światem Mroku. Specyfika gier głównego nurtu jest to by postacie jednak przeżywały sesje i dlatego w systemie opartym na prozie Lovecrafta częstsze jest szaleństwo niż bezpośrednia śmierć antagonistów. Z drugiej strony, cały sens slasherów polega na zabijaniu co i już kolejnych postaci, czy to przez ich głupie bądź irracjonalne decyzje, czy z powodu interwencji POTWORA. I tu właśnie pojawia się DoN ze swą mechaniką Napięcia ( Tension ) – zawsze jak gracze robią coś pozytywnego bądź MG rzuca lub robi coś co rzeczywiście może przestraszyć postacie – Napięcie wzrasta, jak w dobrym horrorze. Punkty te MG może zużywać by uprzykrzyć życie graczom choćby zmuszeniem do przerzutu niewygodnego dla jego fabuły rzutu. Ale także może użyć by zamanifestować POTWORA w danej scenie. Dodajmy do tego że każda postać ma Zły Nawyk ( Bad Habit ), który prędzej zmusi go do pójścia do automat ze słodyczami niż uciekać przed horda zombie w tamtej okolicy, i mamy samopiszący się scenariusz filmu grozy. Więcej można poczytać o grze w recenzji Chimery któremu dziękuje za dwie sesje w ten systemik i którego teraz szczerze nienawidzę, bo mój facet ciągle przyrównuje mnie jako MG do niego. ;)

Dalej mam dwie propozycje w które sam nie grałem, ale zapowiadają się wspaniałymi”samograjami” na jedną czy więcej sesji, tym samym wyprzedzając takie „produkty” jak Cold City czy InSpectres. Pierwsza z nich jest „Legenda Pięciu Kręgów na poważnie” czyli Honor i Krew. Umiejscowiona w feudalnej Japonii za czasów Szogunatu, wykorzystująca mity i legendy Wyspiarskiego Ludu, jest tym czym byłby Rokugan po tych kilkunastu latach od jego wydania jakby był pisany od początku. Więc czym się to różni od L5K? Otóż ten system opowiada o losach klanu – waszego klanu. Na początku gry tworzycie wspólnie klan, potem bohaterów jego i w sumie macie już tło przygód gotowe – od napiętych relacji waszego daymio z Szogunem, przez politykę we wnątrz samego klanu po rozterki samych bohaterów. Dodatkowo, system wspiera kampanię w postaci kontynuowania wątków nie domkniętych we wcześniejszych porach roku. Wszystko to sprawia że gra zapowiada się wspaniale jako zarówna do grania na jedną noc, jak i kontynuowania gry w pełnoprawnej kampanii – co jest wielką rzadkością gier indie, nawet jeśli twierdzą inaczej. System wart zainteresowania, a ja powoli zbieram drużynę do niego. ;)

Ostatnim „indiasem” jaki chce przedstawić jest Fiasko – system, który podobno właśnie dziś został zakupiony przez GRAmela i będzie wydawany. Gra opiera się na wygenerowaniu na początku całej scenerie – od postaci graczy w najróżniejszych zależnościach od siebie, lokacji, przedmiotów czy czasem wydarzeń. Każdy taki rzut to jedna kotka, które potem lądują na wspólnej puli z której zabiera się daną by zdecydować czy dana akcja była pomyślna czy nie. Każda z postaci dostaje po dwie sceny na akt i jakoś dalej się to kręci… To co mnie zainteresowało to to iż Fiasko ma dużo „światów” do grania – poza podręcznikowymi ”środkowymi Stanami” są dostępne choćby „ubijanie smoków” czy Akta Dresdena. To drugie mnie zwłaszcza interesuje bo to niemal jak nMag a mechanika relacji w grze mogła by dodać dużo kolorytu grze. Zapowiada się nielada grata. ;)

Podsumowując, dobre indie RPG powinny być wspaniałą odskocznią od klasycznych sesji, idealną na gry konwentowe czy jak gracze mają problem z obecnością na normalnej. Ale te naprawdę udane powinny mieć potencjał na bez problemową rozbudowę w minikampanię. Najważniejsze zaś jest to że nie wymagają takich nakładów pracy jak systemy głównego nurtu przez to tacy tetrycy i ramole jak ja też mogą z nich skorzystać. ;)

Posted in RPG | Tagged , | 3 Comments

To bi a bear…

Dzisiejszy wpis będzie o stereotypach. Ale nie tych do wykorzystania w grach fabularnych, ale takich z naszego codziennego życia – o uproszczeniach względem ludzi. Na warsztat biorę dwa podstawowe dla mnie – jak biseks to musi być rozwiązały lub jak facet lubiący facetów to musi być zniewieściały. Oba dość mocno odbiły się na mym życiu i z oboma walczę po dziś dzień…

Zacznę od pierwszego, czyli że biseksualiści puszczają na lewo i prawo. Wielokrotnie słyszałem od osób hetero- jak i homoseksualnych implikacje że wszyscy bi nie mogą się powstrzymać i będą zdradzać swą drugą połówkę. Oczywiście nie jest to prawdą, czego najlepszym przykładem jest ja, mój chłopak czy nasze koleżanki i kumple „dwustronni”. Jest to w sumie sztandarowy przykład bifobii, która o dziwo, jest najpowszechniejsza właśnie wśród środowiska LGBT. Dziwi mnie to i przeraża zarazem no bo z osobami homoseksualnymi łączy nas choćby pociąg do tej samej płci, problemy z samoakceptacją czy potrzeba dokonania Comming Outu – czasem więcej niż z hetero. Nie wspomnę tu jeszcze że bi decydujący się na związek homoseksualny jest narażony nie tylko na normalne problemy par jednopłciowych ale jeszcze implikacje że jego uczucie jest nieszczere bądź gotów jest zdradzić partnera przy pierwszej sposobności. Nie zaprzeczę że nie odczuwam pociągu na ulicy do osób obu płci i nie rozglądam się za nimi – w końcu o tym biseksualizm. Ale sytuacja ta jest dokładnie analogiczna dla mężczyzn homo czy hetero – oni też oglądają się za „spódniczkami” nawet mając przy sobie drugie połówki. I to dobrze, bo to oznacza że zdrowe z nich chłopy! ;) Ale tak jak w przypadku „normalnych” orientacji, to że ktoś czuje pociąg seksualny do innych ludzi niż tylko jego druga połówka, nie oznacza że będzie ją zaraz zdradzał. Bo to nie orientacja ląduje w czyimś łóżku, lecz konkretny człowiek.

Drugi tematem, jaki jest powiązany z pierwszym, jest stereotyp nieheteroseksualnych. Większość osób zakłada że jak facet lubi mężczyzn ( niezależnie czy też kobiety ;) ) to musi być zniewieściałym „gejkiem” który nosi obcisłe topy, zna się na modzie lepiej niż nie jedna kobieta czy „ćwierka” piękne słówka ze swych usteczek. Oczywiście jest to, w większości, nieprawdziwe uproszczenie. Zdarzają się bardzo niemęskie elementy „branży”, ale większość jest po prostu jak każdy zwykły szary Kowalski i gdyby nie to że przechadza się ze swym partnerem pod rękę nie mógłbyś odróżnić ich od reszty społeczeństwa. Jest jednak jeszcze jedna podgrupa w męskiej populacji gejów i bi – tak zwane „miśki” ( ang. bears ). Obiecywałem napisać o nich już we wcześniejszej mej notce, teraz więc wyjaśniam. Otóż jest to subkultura homoseksualna ( subkultura w subkulturze? ) która ma jedno, podstawowe założenie: bycie „męskim” jest pociągające. Zazwyczaj definijue się to przez pociąg do mężczyzn o „nietypowych” dla maintreamu gejów wyglądzie – jak postawna lub krągła sylwetka czy owłosienie na ciele. Słowem – ci faceci ( w tym ja czy mój chłopak ;) ) lecą na innych gości których i tak określa się pieszczotliwie „misiami” na codzień – lub ich miłośnicy. :twisted:

Ponieważ faceci tacy i tak często wiodą dużo bardziej „przyziemny” tryb życia niż reszta homo, pracując fizycznie czy posiadając bardziej „meskie” zainteresowania, nie jest rzadkścią i taki obrazek…

Cała sprawa z miśkami jest o tyle wyjątkowa że w opozycji do gejowskiego mianstreamu powstał cały „ruch” z własnym słownictwem, flagą czy wydarzeniami. Kiedy w latach 80siątych kluby przestały przyjmować na imprezy osoby inne od „wydepilowanego ideału męskiego piękna” określonego przez większość niehetero, przyszłe miśki zaczęły spotykać się w barach dla harleyowców, pubach dla robotników i innych tego typu miejscach. Miśki szybko stały się prężnym ruchem w środowisku LGBT który jakoś niespecjalnie udało się przeszczepić na grunt Polski – co mnie zresztą dziwi dlatego że nie dość że bardzo duża część społeczeństwa polskiego pasuje pod ideału ruchu, to na dodatek jest on dużo bardziej „dojrzały” od zabawowego mainstreamu gejowskiego, który bardziej rzuca się oczy. Ta notka powstała właśnie dlatego że dziś rozpoczynają się trzecie wybory Mr. Bear Poland na których żałuje że mnie nie będzie… Ale może wystartuje w którejś z następnych edycji. ;)

Korzenie miśków sięgają samych początków ludzkości kiedy zarośnięci i postawni mężczyźni byli porządani, a pierwszy jaskiniowiec ogłuszył i zaciągnął do swej jaskini swego sąsiada. :D Jednak za pierwszego „historycznego” beara uznaje się Cesarza Hadrian – nie tylko znany był z tego że miał o przeszło 30 lat młodszego od siebie kochanka, ale wprowadził do rzymskiej elity modę na noszenie brody na dobrych kilka nastepnych wieków. To że miał sylwetkę typowego barbarzyńcy, a rozmiłowany był w sztuce i filozofii nie pozostawało bez wpływu na jego wybór.

Innym z misiowych idoli jest choćby William Szekspir. Choć jego wolę w tej wersji wyobrażenia z Doktora Who

Woof-woof!!!

Ze współczesnych nam miśki wzdychaja do Setha Rogena czy Tylera Labine, A ja do tej pory uważam że Sean Connery jest najseksowniejszym aktorem wszechczasów, ZWŁASZCZA po tym jak został misiem polarnym ze swą białą brodą. ;)

Wielkim zaś orędownikiem kultury bear jest Kevin Smith, ustawiony na piedestale przez miśki nie tylko z powodu swego wyglądu, ale także przyjaźni z inną ikoną ruchu – Malcolmem Ingramem. On z kolei zasłużył się misiom i LGBT takimi filmami jak Bear Nation ( który polecam obejrzeć zainteresowanym ruchem ) czy Small Town Gay Bar.

Bardziej prozaicznym współczesnym przykładem misiów jest Modern Family, gdzie para dwóch misiów – Mitchell i Cameron – wychowują adoptowaną córeczkę. Może trochę zniewieściali jak na klasycznych bearów dla efektu komediowego. ale dają przykład że nie tylko gejowski mainstream istnieje i ma się dobrze. Więcej, miśki są w natarciu – w zeszłym roku wyszło BearCity, czyli komedia o romansach z miśkami ( broń boże nie mylić z komedią romantyczną :P ), która jest całkiem udana i nawet mojemu facetowi się spodobała ( a on nienawidzi kina LGBT ;) ). W przyszłym roku wychodzi sequal, to wiem już po co zabiorę go na randkę do kina. :D

EDIT: Trailer pierwszego i drugiego BearCity są odpoweidnio tu i tu. ;)

Sens i filozofię subkultury najlepiej zaś oddaje ten misiowy hymn… ;)

Sam przez lata miałem problem z autoidentyfikacją siebie. Choć oglądałem czy czytywałem media gejowskie, pomijając już sprawę mego pociągu do kobiet, nie rozumiałem jak mężczyźni mogą nie czuć fascynacji „prawdziwymi facetami” ( czyli właśnie umięśnionymi miśkami, choć wtedy nie znałem tego słowa ). To też w sumie wyjaśniało moim uwielbieniem dla postaci takich jak Conan czy innych, „męskich” herosów – często wykraczające poza „ten gość jest świetny, chciałbym nim być”. :twisted: Dopiero era Internetu w domowym zaciszu nakierowała mnie na właściwy trop i wtedy pojąłem że nie tylko mój wygląd ale i gusta mej homoseksualnej części są wyjątkowe, ale nie odosobnione. I w sumie przestałem się dziwić jak robiąc przez ostatnie pół roku kolejne Comming Outy przed bliskim słyszałem „Ale ty? Przecież nie wyglądasz…” Teraz jestem dumny z tego że jestem biseksualnym reprezentantem gatunku Niedźwiedzia Polskiego i mam nadzieję że choć jeden z mych czytelników też. ;)

P.S. Na zakończenie trochę misiowej miłości… :)

Posted in Gender Studies, Szalone Życie | Tagged , , , , , | 12 Comments

Geek Nighty

Więc dziś typowo geekowski temat – co robią geeki by nie stać się aspołecznymi nerdami? Coż, powinni się uspołecznić. Zwykli śmiertelnicy chodzą wtedy do baru czy do znjamoych się napić – ale to jest takie… nie geekowskie. Nasze dziwaki mogą pójść na konwent, choćby Falkon ( który jest już za niecały miesiąc! ;) ), ale odbywają się one raczej rzadko w okolicy zainteresowanych. Moga też pójść na minikonwenty, jak Akcje 24h robione przez Cytadelę Syriusza, ale też słyszałem że takie eventy to wyjątek od zasady raczej niż reguła. W końcu mogą sami zorganizować sobie spotkanie w gronie kilku znajomych, na sesje czy bitewniaki. Tylko czy wtedy możemy mówić o klasycznym uspołecznianiu się skoro zbieramy się w konkretnym celu, oddając się graniu na te parę godzin?

Otóż jest inne rozwiązanie tego problemu – tak zwane Geek Nighty. Właściwie to choć oficjalnie odkryłem je jakieś dwa lata temu, urządzam je od czasów co najmniej liceum. Co to jest? Najprościej ujmując jest to wieczorek tematyczny, poświęcony jakiejś konwencji, podczas którego ogląda się filmy w niej. Ustalamy filmografię, wybieramy miejsce, i zbieramy się ze znajomymi na wspólne doświadczanie choćby starej trylogii Gwiezdnych Wojen czy wszystkich odcinków świątecznych Doktora Who. Podczas Geek Nighta uczestnicy mogą komentować, w granicach rozsądku, podziwiane na ekranie dzieła czy robić głupoty związane z konwencją. Mini maraton zabawny filmików z Youtube’a o piratach podczas oglądania wszystkich Piratów z Karaibów czy udawaniandnie sobie jak bardzo gejowski jest Harry Potter są jak najbardziej na miejscu. ;) Mile widziane też specyficzne Drinking Games oparte na zawartości filmów – choćby „Kolejka jest przy każdym pojawienia się napoju Slurm” dla Futuramy. Uczestnicy są zachęcani do przebrania się czy dekorowania „sali projekcyjnej”. Można także przygotwać specjalne jedzenie – na nasze Geek Nighty o Potterach kupiliśmy cukierki które wyglądały jak Fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, po czym konsumowaliśmy je udając dziwaczne efekty działania. :) Na koniec Geek Nighta odpalam zazwyczaj grę z serii LEGO która pasuje do konwencji dla tych co spać już nie mogą lub im się już nie opłaca. Najlepiej też organizawać je z wyprzedzeniem by wszyscy mogli dorzucić dzieła pasujące do konwencji – im więcej ciekawych czy nieznanych tytułów – tym lepiej dla samej imprezy.

Ale należy pamiętać jedno – Geek Nighty to nie wystawne bale czy sesja gier fabularnych – tu ludzie mają się bawić na luzie i odpocząć. Jeśli czujecie że atmosfera staje się zbyt poważna, wystarczy przez chwilę skupić się po prostu na filmie i wypić kolejkę bo na ekranie pojawiły się Ewoki. ;)

P.S. Dobry zwyczaj nakazuje by nazwa wydarzenia składa się z dwóch członów – najpierw nazwa konwencji po angielsku, a potem fraza „Geek Night”. A teraz wracam do planowania Halloween oraz Christmas Special Geek Nights. ;)

Posted in Geek Life, RPG | Tagged , | 2 Comments

Dzień Wychodzenia z Szafy

To będzie bardzo osobista notka, mam jednak nadzieję że to co w niej zamierzam przekazać nie zrazi was do mnie i tego bloga. Pisałem ją parę ładnych tygodni bo chciałem by brzmiała odpowiednio. A wszystko to z powodu dzisiejszego święta – Coming Out Day. Tej daty i obietnicy jaką zrobiłem sobie i pewny znajomym w tym roku.

Bo widzicie – jestem biseksualny. Stało się, napisałem to publicznie. Jestem geekiem, jestem rpgowcem, jestem informatykiem. Oraz jestem bi. Dokładniej bi bearem, ale o tym dokładniej rozpiszę się kiedy indziej. Przez trzy lata byłem z mą już teraz byłą dziewczyną, od ponad siedmiu miesięcy mam wspaniałego chłopaka. Oboje mnie wspierali w samoakceptacji i teraz mogę wam przekazać właśnie to co napisałem.

To o co mi chodziło to to byście zdali sobie sprawę na słowa jakie rzucacie nawet w żartach o „pedałach” czy „ciotach” bo nie wiecie który z waszych znajomych może się okazać niehetero. Ponad dekadę zwlekałem z tym by powiedzieć rodzinie i przyjaciołom o tym że podobają mi się nie tylko kobiety, ale i mężczyźni. Zwlekałem, bo ciągle słyszałem homofobiczne żarty czy aluzje. Nie wspominając o tym że sam nie byłem na 100% pewny czy mogę być w prawdziwym związku z jedną, drugą czy obiema płciami.

Ile to razy na sesjach RPG słyszałem kolejny wrzut na homoseksualistów? Nawet nie wiecie jak mnie to zawsze bolało… Zwłaszcza że w gimnazjum myślałem że jestem gejem i mój pociąg do kobiet to tylko moje pobożne życzenia. A akurta właśnie w wieku młodzieńczym dowiedziałem się czym jest homofobia – wtedy kiedy zacząłem dopiero oswajać się ze swym pociągiem do mężczyzn…

Przez lata zauroczałem się kolejnymi osobami obu płci, lecz dopiero mój pierwszy poważny związek pozwolił mi na przebicie muru kłamstw i niedomówień jaki wokół siebie budowałem przez całe życie. Dopiero po pół roku chodzenia z nią i tylko po pijanemu byłem wstanie powiedzieć dziewczynie którą autentycznie kochałem że lubię też mężczyzn. Był to szok dla niej, dla mnie i poważny dla naszego związku. Przetrwaliśmy to i mieliśmy jeszcze wspaniałe dwa i pół roku ze sobą. I to że zrobiłem swój pierwszy krok na drodze prawdziwego Coming Outu dało mi pewność siebie i szczęście jakiego potrzebowałem w życiu.

Na lata zakopałem się w naszym związku – wiedzieliśmy tylko ona i ja. I to wystarczyło. Mogłem jej powiedzieć kiedy wkurzały mnie kolejne problemy z równaniem praw mniejszości seksualnych. Mogłem też powiedzieć kiedy podobał mi się jakiś chłopak na ulicy. Ale mieliśmy też siebie nawzajem i na co dzień było to dość.

Kiedy jednak jej zabrakło, w mym sercu pozostała pustka. I mój „problem” powrócił. Nie miałem komu się zwierzyć z tego że jest mi ciężko okłamywać przyjaciół i rodzinę – a raczej nie mówić całej prawdy. Szukałem pomocy w sieci i znalazłem ją na pewnym forum. To ci ludzie namówili mnie bym porozmawiał z moimi bi przyjaciółkami o których wiedziałem od jakiegoś czasu. A zaczynało być naprawdę źle ze mną… Z tych rozmów wyszło że dowiedziałem się o pewnym znajomym mi geju. On zaś po przez szczerą rozmowę ze mną pomógł mi pogodzić się z mą homoseksualną stroną.

On jak i mój obecny ukochany. Poznałem go pod koniec lutego, przez internet. Po kilku dniach namiętnego pisania ze sobą spotkaliśmy się. Raz, drugi, trzeci… To było coś naprawdę pięknego, a ja niemal wszystko zepsułem. W końcu jednak przetrwaliśmy burzę i daliśmy sobie szansę. A potem wsiąkliśmy w uczucie które pierwszy raz czułem od ponad roku.

Zakochałem się w mężczyźnie i było tylko kwestią czasu kiedy rodzina i bliscy zorientują się kim jest mój nowy „przyjaciel”. Postanowiłem uprzedzić wydarzenia, przynajmniej od strony najbliższych kumpli – ludzi którym od lat nie byłem wstanie powiedzieć prawdy o sobie. Okazało się jednak że choć były to tak trudne rozmowy jak ta z moją byłą przed lat, ich zakończenie było dużo cieplejsze…

W ciągu paru tygodni prawie wszyscy przyjaciele i bliscy znajomi wiedzieli o mnie i moim nowym związku i w zupełności go akceptowali. Rodzina jednak zaczęła mieć swoje podejrzenia. Na dodatek w życiu nas obu był to okres naprawdę ciężki i wzajemnie próbowaliśmy sobie pomóc. W końcu, po trzech miesiącach chodzenia z moim chłopakiem, rodzice sami zaczęli się dopytywać o moją relację z nim. Postanowiłem powiedzieć prawdę za namową przyjaciela – i tak zamierzałem ją wyznać wcześniej czy później. Na szczęście mój brat dowiedział się parę dni wcześniej i kiedy rozpętał się dramat w domu mógł choć trochę go złagodzić rozmową z mą matką. Przypadek sprawił że mój ukochany dnia następnego musiał przeprowadzić podobną rozmowę ze swoimi rodzicielami – tak ostrą że niemal został zmuszony do ucieczki ze swego domu. Dwa tygodnie trwała burza w naszym życiu związana z naszymi rodzinami. W końcu jednak nasi rodzice przełknęli jakoś tą nowinę, choć na razie skończyło się na naszym małym Don’t Ask, Don’t Tell.

Od czerwca żyję w końcu jako wolny człowiek – poza rodzicami, reszta rodziny co najmniej akceptuje mój związek i rozumie że to miłość taka sama jak ich do małżonka czy narzeczonej. Na sesjach skończyły się homofobiczne teksty, chyba że autentycznie in-character albo tylko jako żarty. Nadal, mam jeden poważny problem z moim Comming Outem – moich bratanków, 10 i 8 lat – którzy oczywiście nie wiedzą. Na razie po prostu milczę na ten temat skoro i tak mój chłopak ma oficjalny zakaz odwiedzania mnie w domu rodzinnym…

Na zakończenie chciałem napisać tylko jedno – jeśli jesteście członkami społeczności LGBT a zajmujecie się grami fabularnymi czy fantastyką ogólnie. Albo jeśli jesteście młodymi programistami czy geekami. Wiedzcie jedno – it get’s better. Powiedzenie prawdy, choć bolesne dla mych rodziców, było najlepszą rzeczą jaka mogła mi się przydarzyć w życiu. Wyjście z szafy było pierwszym krokiem ku świetlanej przyszłości.

Hetero reszcie zaś geeków, rpgowców czy po prostu ludzi – zważajcie na słowa jakie wypowiadacie bo nawet nie wiecie kogo możecie obrazić. Niehetero są wśród was. Są waszymi dziećmi, braćmi czy siostrami, kumplami i przyjaciółmi. Uważajcie co mówicie, nawet dla „żartu”, bo możecie ranić osoby na których wam najbardziej zależy. Ja zaś idę wyrzucić starą szafę na śmietnik, raz na zawsze…

Posted in Gender Studies, RPG, Szalone Życie | Tagged , , | 5 Comments